Sporting Radomsko, czyli o paru takich, co chcieli spełniać marzenia

Sporting Radomsko, czyli o paru takich, co chcieli spełniać marzenia Fot. M. Patalan

Choć na piłkarskiej scenie w Radomsku są obecni dopiero dwa lata, to już teraz mogą pochwalić się sporymi sukcesami. Sporting Radomsko gra obecnie w drugiej lidze juniorów, a występujący w nim zawodnicy regularnie są zapraszani na testy do najlepszych polskich akademii. O tym, jak od kulis wygląda praca z młodzieżą w Sportingu, opowiedział nam trener, Michał Misztalski.

Na co dzień pracuje jako architekt, ale to właśnie sport jest jego największą pasją. Na pomysł powołania drużyny piłkarskiej dla młodych zawodników, którym kończą się możliwości rozwoju, wpadł razem z kilkoma innymi rodzicami parę lat temu – był wtedy jednym z trenerów wspomagających w szkolnym MUKS „Szóstka” Radomsko.

Michał Misztalski na treningu Sportingu Radomsko

Chodziło o to, aby utalentowani młodzi zawodnicy z Radomska nie musieli tak wcześnie wyjeżdżać do większych akademii, ale mogli trenować tutaj, na miejscu. Jak wyjaśnia Misztalski, dotychczas w pewnym momencie musieli spotkać się ze ścianą – radomszczańskie drużyny nie miały odpowiednich warunków, aby zadbać o ich dalszy piłkarski rozwój.

– Kiedy zaczynaliśmy, to sytuacja w mieście była taka, że dla pewnej grupy chłopaków skończyły się perspektywy. Ani MUKS, ani RAP, ani RKS nie dawał im możliwości kontynuacji rozwoju. I to wcale nie dlatego, że nie chcieli: przede wszystkim brakowało infrastruktury i finansów, by robić coś dobrze i z pełnym zaangażowaniem. A nie da się przecież uczyć gry w szachy na planszy i pionkami od chińczyka – mówi Michał Misztalski.

Drużyna, choć wówczas istniała jeszcze nieformalnie, postawiła sobie ambitny cel: wywalczyć awans do II ligi juniorów, obejmującej swoim zasięgiem całe województwo łódzkie. Dzięki temu młody klub miałby szansę mierzyć się z takimi zespołami jak GKS Bełchatów, Sokół Aleksandrów, Widzew Łódź czy Lechia Tomaszów.

– Po konsultacjach z rodzicami uznaliśmy, że musimy zrobić awans, żeby scalić tę drużynę, dać zawodnikom motywacje do ciężkich treningów i otworzyć perspektywy rozwoju. Chcieliśmy zrobić coś więcej, grać na wyższym poziomie rozgrywkowym niż dotychczas – tłumaczy Misztalski. Udało się – obecnie Sporting zajmuje czołowe miejsca w tabeli II ligi.

Klub jak rodzina
Misztalski stawia sprawę jasno – gdyby nie rodzice zawodników, to Sportingu dziś by nie było. To właśnie oni byli jego pomysłodawcami, a dziś aktywnie go wspierają, także finansowo. Klub nie generuje absolutnie żadnych zysków, to w całości przedsięwzięcie non-profit.

– To wszystko odbywa się w bardzo przyjacielskiej atmosferze. My nie mamy dostępu do jakichś kosmicznych funduszy, wspieramy się nawzajem oraz korzystamy z dotacji dla radomszczańskich klubów, jaką otrzymujemy od prezydenta Jarosława Ferenca. Jeden ze znajomych pomoże nam zakupić koszulki, inny – wynająć boisko na korzystnych warunkach – mówi Misztalski.

W prowadzeniu klubu pomagają im również zaprzyjaźnieni sponsorzy. Każdy grosz przeznaczany jest na m.in. transport, wynajęcie sędziów, zakup sprzętu do treningów czy suplementów diety dla zawodników. Same wpłaty składki członkowskiej od rodziców pokrywają jedynie koszty wynajęcia boisk – bez ludzi dobrej woli i miejskiej dotacji klub nie byłby w stanie funkcjonować.

– Wszyscy razem – ja, rodzice, sponsorzy, ludzie dobrej woli – musimy wspierać tych młodych chłopaków, jeśli chcemy dać im szanse gonienia marzeń. Zdarzały się takie sytuacje, kiedy mieliśmy jechać na mecz, a klubowe konto świeciło pustkami. No i wtedy mówiliśmy tak: „to dziś ja zapłacę, później ty, a następnym razem może jakiś z naszych przyjaciół”. To nie jest forma dochodowej akademii, bo nie o to tu chodzi. My jesteśmy tutaj dla tych chłopaków i każda ich radość daje nam wielką satysfakcję. A nuż któremuś się uda i dogoni te swoje marzenia tak, jak to zrobił nasz Jacek Krzynówek – niepodważalny idol naszej całej drużyny? – tłumaczy Misztalski.

– Warto dodać, że to nie jest tak, że my tu przyjeżdżamy na trening na godzinę-dwie i sprawa jest załatwiona. Funkcjonujemy jako drużyna również poza meczami i treningami. Staramy się być wsparciem dla tych naszych chłopaków również w sytuacjach spoza sportowego świata. Na trenerze ciąży bardzo, ale to bardzo duża odpowiedzialność, która nie kończy się z ostatnim gwizdkiem meczu – dodaje.

Treningi jak w Wolfsburgu
Obecnie w drużynie gra kilkunastu zawodników – wszyscy urodzeni pomiędzy 2005 i 2006 rokiem. Jak na standardy ligi wojewódzkiej juniorów, w której występuje Sporting, to bardzo niewielu. Czasami jest to kłopotliwe (zwłaszcza gdy któryś z zawodników jest kontuzjowany), ale jednocześnie pozwala trenerowi na bardziej indywidualne podejście do treningów. 

– Ja mogę Panu dokładnie zreferować nie tylko profil sportowy każdego z zawodników, ale również opowiedzieć o tym, jakie jest jego ulubione danie czy hobby. Wiem dokładnie, z którym i nad czym muszę jeszcze pracować – stwierdza Misztalski.

I dodaje, że w zespole stara się wdrażać metody treningowe i periodyzację rozwoju, które podpatrzył podczas wielokrotnych wyjazdów szkoleniowych do niemieckich akademii piłkarskich.

– Dzięki kontaktom moim i Jacka Krzynówka mogę korzystać ze szkoleń trenerów niemieckiej Bundesligii: kilkukrotnie byłem w VfL Wolfsburg, Hanoverze 96 czy Bayernie Monachium. Pomyślałem sobie tak: „zobaczymy, jak oni to robią, i spróbujemy zrobić to samo”. Inspiracje trzeba czerpać od najlepszych, a taki VfL na przykład prowadzi jedną z topowych akademii piłkarskich w Europie – tłumaczy Misztalski.

– W Niemczech miałem możliwość doświadczenia, jak wygląda praca ze wszystkimi grupami młodzieżowym. Co jednak najważniejsze, przywiozłem stamtąd całe „know-how” i system periodyzacji rozwoju – to jest taka rozpiska, krok po kroku, jak ma się rozwijać piłkarz od najmłodszych lat – dodaje.

Najpierw do Niemiec pojechał trener, później – cała drużyna. W 2019 r. młodzi piłkarze wzięli udział w obozie szkoleniowym zorganizowanym przez VfL Wolfsburg. Trenowali wówczas tak, jak zawodnicy niemieckiej akademii, a ich pobyt zakończył się towarzyskim sparingiem z niemieckimi juniorami – zawodnicy Sportingu pokonali wówczas swoich rówieśników zza Odry 7 do 0.

– Wzięliśmy to, co przez lata wypracowali trenerzy z Wolfsburga, i po części przeszczepiliśmy to na nasz grunt. Ponieważ mamy małą grupkę chłopaków, to jesteśmy w stanie pochylić się na każdym zawodnikiem indywidualnie, co jest niesłychanie ważne. Osiągamy te nasze małe sukcesy pomimo tego, że nie mamy takiej infrastruktury czy wsparcia finansowego jak wielkie akademie – mówi Misztalski.

Tu nie chodzi o wyniki drużyny
Czym zatem charakteryzuje się ta niemiecka myśl szkoleniowa? Przede wszystkim priorytetami – jak zauważa Misztalski, w Polsce trenerzy i włodarze klubowi zbyt wielką uwagę poświęcają osiąganym przez młodzieżową drużynę wynikom. A przecież nie to powinno być ich głównym celem. Większość treningowego czasu poświęca się w naszym kraju taktyce i schematom, co, owszem, pozwala na osiąganie znacznych sukcesów, ale nie pomaga w indywidualnym rozwoju zawodnika.

– My jako mały Sporting mamy te priorytety nieco inne. Również uczestniczymy w rozgrywkach, ale fundamentem jest trening z dużym naciskiem na indywidualny rozwój. Niestety w sporej części polskich akademii drużyna juniorska jest takim jakby oknem wystawowym, które ma zachęcić młodych piłkarzy do dołączenia do klubu – mówi Misztalski.

Wbrew pozorom mecz w wieku młodzieżowca wcale nie jest najważniejszą częścią szkolenia. Lwia i kluczowa dla rozwoju część pracy jest niewidoczna, odbywa się na treningu, bez publiczności i blasku reflektorów. Zdaniem Misztalskiego pozycja w tabeli, wygrany czy przegrany mecz nie mają ostatecznie większego znaczenia w drodze do sukcesu zawodnika. Są oczywiście niezwykle ważne, pomagają budować motywację przez wyznaczenie jasnych celów, ale nie powinny przesłaniać tego, co najważniejsze.

– Mecz drużyny nie jest priorytetem, a raczej swojego rodzaju sprawdzianem, którego podwaliną musi być indywidualna nauka i progres rozwoju każdego z zawodników. To, że młodzieżowa drużyna zostanie mistrzem CLJ (Centralna Liga Juniorów, najwyższa juniorska klasa rozgrywkowa w Polsce, odpowiednik seniorskiej Ekstraklasy – dop. red.), wcale nie oznacza, że którykolwiek z jej graczy zostanie zawodowym piłkarzem. Co może też wyjaśniać, czemu tak niewielu polskich graczy się później przebija. W Radomsku gramy w piłkę od kilkudziesięciu lat, a swoje piłkarskie marzenia zrealizowało tylko kilku naszych zawodników: Jacek Krzynówek, Czarek Stefańczyk, Rafał Bałecki i Sławek Majak – stwierdza Misztalski.

– Moim zdaniem u nas za duży nacisk stawia się na to, by drużynowo wygrywać ligi, turnieje, mecze, a kompletnie zapomina się o indywidualnym rozwoju zawodnika, także mentalnym. W tym wieku kolejność powinna być odwrotna – ocenia.

Dzwonią z najlepszych akademii, pytają o całą drużynę
Zawodnicy Sportingu regularnie zapraszani są na testy do silnych akademii, także zagranicznych. Jak wspomina Misztalski, pojawiły się nawet propozycje, aby cała drużyna przeszła pod opiekę jednego z większych klubów. Głównie po to by zwiększyć liczebność w drużynie i móc stworzyć coś, czego w Sportingu momentami brakuje – wewnętrzną rywalizację.

– To bardzo miły komplement i docenienie naszej pracy. Bo to nie jest tak, że my jesteśmy jacyś genialni, w żadnym wypadku: my po prostu chcieliśmy posłuchać mądrych ludzi. I ten system, choć pracujemy w bardzo ciężkich warunkach, daje radę. Praktycznie każda akademia, z którą gramy w lidze, posiada w swoich zasobach około 25-40 zawodników i zawsze przyjeżdża na mecz z pełną ławką rezerwowych. A my? My często lekko zawstydzeni wychodzimy na mecz bez żadnego rezerwowego, a na treningu widzimy się w ośmiu, maksymalnie czternastu. Raz nawet musieliśmy grać bez bramkarza! – mówi Misztalski.

– Cieszy fakt, że zespoły grające w Centralnej Lidze Juniorów interesują się również naszymi zawodnikami. Z kilkoma naszymi chłopcami rozmawiają już duże kluby i skauci. Mam wielką nadzieję, że skorzystają z tej szansy. My, pomimo całego niemieckiego systemu, wielkiego zapału oraz chęci, nie jesteśmy w stanie dać tym chłopakom jednej, ale niezwykle ważnej rzeczy: rywalizacji i współzawodnictwa w obrębie drużyny. A konkurencja jest jednym z najważniejszych elementów budujących motywację do treningu – tłumaczy Misztalski.

Zdaniem Misztalskiego szkoła podstawowa nie jest dobrym okresem na samotne opuszczenie przez młodego sportowca domu rodzinnego i wyjazd w odległą Polskę. Dobrze ugruntowany rozwój emocjonalny zawodnika jest jednym z najważniejszych czynników dających mu szanse na zawodową karierę.

– Dziś piłkarz to nie tylko mięśnie i siła, ale przede wszystkim inteligencja, bardzo duże zdolności analitycznego myślenia oraz percepcja. My, korzystając z niemieckich metod nauczania, duży nacisk stawiamy na te właśnie cechy. Piłka nożna moim zdaniem jest najbardziej fascynującą i zaawansowaną grą na świecie. To takie wyśrubowane do granic możliwości szachy, gdzie gra się na raz wszystkimi pionkami i na każdą reakcję ma się dosłownie ułamki sekund – mówi Misztalski.

– Ci zawodnicy, których widzi Pan teraz na boisku, to są w większości bardzo dobrzy uczniowie, często jedni z najlepszych w klasie. Od 10 lat mają 4-5 treningów w tygodniu i mecz w weekend, a mimo to świetnie radzą sobie w szkole. Jestem z nich naprawdę dumny – dodaje.

– W zeszłym roku mieliśmy okazję zwiedzić kilka silnych akademii. Spora część zawodników Sportingu dostała zaproszenia do lepszych zespołów. Na razie zdecydowali się grać tutaj, ale oczywiście nie będzie to trwać wiecznie i już niebawem będą musieli iść dalej w świat. Bardzo im kibicuję i wierzę, że tam rozwiną się jeszcze bardziej – mówi.

Potrzebujemy silnego młodzieżowego klubu
Na razie Sporting nie planuje otwierać kolejnych sekcji dla młodszych roczników. Przyczyna jest prozaiczna: brak czasu, środków, kadr. Bo, jak mówi Michał Misztalski, jeśli już coś się robi, to trzeba to robić na sto procent i z pełnym zaangażowaniem.

– Po prostu nie bylibyśmy obecnie w stanie tego zrobić na odpowiednim poziomie. Prowadzenie treningów i dodatkowo rozgrywek w lidze wojewódzkiej jest dużym wyzwaniem finansowym, logistycznym i kadrowym – tłumaczy Misztalski.

O infrastrukturę sportową trener Misztalski raczej się już nie martwi. Bo i owszem, gdy zaczynali, było z nią dosyć krucho, ale sytuacja zaczyna się powoli poprawiać.

– Na nowe miejskie boiska są bardzo dobre perspektywy. Wszystko to dzięki wspólnej pracy min.: prezydenta Ferenca i jego sztabu, kilku miejskich radnych, rady sportu czy dyrektora MOSiR’u. Jestem członkiem miejskiej rady sportu i mam przyjemność uczestniczenia w tworzonych projektach. Być może już niedługo powstanie nowe, wymarzone boisko ze sztuczną murawą, a my wreszcie pożegnamy spartańskie warunki – mówi Misztalski.

Przede wszystkim chciałby jednak, aby radomszczańskie akademie ze sobą współpracowały, a nie walczyły. 

– Marzy mi się, aby w mieście były 2-3 akademie, które przyjmą takiego młodego piłkarza w wieku 6-8 lat, a później, gdy już podrośnie, wyślą go do jednej wspólnej drużyny. Dzięki temu nie podbiorą nam ich większe kluby, a oni będą mogli trenować w znanym sobie środowisku – mówi.

Wspólny projekt miałby zapewnić młodym zawodnikom ciągłość rozwoju. W obrębie młodszych sekcji nadal panowałaby rywalizacja (będąca zjawiskiem pozytywnym), ale w odpowiednim momencie najbardziej utalentowani wychowankowie zasilą wspólne kluby kilku akademii. Te zyskają na tym podwójnie – nie tylko bowiem będą odnosić większe sukcesy w lidze, ale i zapewnią swoim zawodnikom lepsze szanse na rozwój. 

Więcej o:
sporting radomsko liga wojewódzka sport piłka nożna futbol młodzież
Wróć na stronę główną

PRZECZYTAJ JESZCZE